Skażeni PRL-em

O urodzonych po 80. roku można mówić wiele. Śledząc jednak, choćby tylko pobieżnie, ostatnie wydarzenia, parafrazując nieco słowa warszawskiego rapera Pezeta, można stwierdzić, że jest to pierwsze wolne pokolenie skażone PRL-em.

Dla większości młodych ludzi okres między 45. a 89. rokiem istnieje właściwie tylko w podręcznikach historii i to w tej ich części, której zwykle w szkołach się nie omawia. Nieliczni pamiętają przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, większość jednak zna go tylko ze słyszenia, z ulicy czy z mediów. Studenci Wydziału Nauk Historycznych drżą co prawda na samą myśl o egzaminie z „powojennej”, pozostali jednak już dawno odłożyli tę kartę na biblioteczną półkę, sądząc, że pokryje się ona grubą warstwą kurzu z powodu braku czytelników.

Historia dla historyków

Okazuje się jednak, że bibliotekarki ani nie narzekają na brak zainteresowania tą tematyką, ani nie mogą spokojnie jej skatalogować. Co chwilę przecież ktoś przynosi, w sobie tylko znanym celu, czy to wycinki czyichś biografii w postaci pożółkłych notatek odkrytych „przypadkiem” na dnie biurka, czy to jakieś podpisy i pomięte fotografie, czy w końcu, „szczęśliwie” odnalezione po latach w wannie, teczki. I wystarczy tylko z grubsza przejrzeć nagłówki gazet, by pokusić się o stwierdzenie, że wśród tych gorliwych czytelników, pasja odkrywania historii przekroczyła nie tylko granicę zdrowego rozsądku, ale i absurdu.

Nie jestem historykiem. I nie pamiętam tamtych czasów, nie mnie więc oceniać powody takich a nie innych decyzji. Mam jednak nieodparte wrażenie, że rozliczanie przeszłości stało się na tyle modne i łatwe, że warto się temu poświęcić choćby dla pięciu minut sławy. To przecież takie proste napiętnować człowieka w mało przemyślanym brukowym tekście. Być może są podstawy ku temu by twierdzić, że dana osoba była współpracownikiem Służb Bezpieczeństwa i należy jej się kara za wyrządzone krzywdy. Problem pojawia się jednak w momencie, gdy rozliczanie przeszłości jest narzędziem gry politycznej i odbywa się na zasadzie polowania na czarownice, niczym polowanie na komunistów w Stanach w połowie zeszłego stulecia. Z mojego dwudziestopięcioletniego punktu widzenia to żądanie zadośćuczynienia za krzywdy wyrządzone przez ostatnie kilkadziesiąt lat sprawia niemniejszą krzywdę tym, których to nie dotyczy. Ta niepohamowana chęć odegrania się za stare czasy przesłoniła to, co powinno być dla Starych najważniejsze – Jutro i przyszłość ich dzieci.

W życiu różne rzeczy się mogą przytrafić i być może podpis był potrzebny, by wyjechać i się rozwijać, z nadzieją, że kiedyś zaowocuje to dla kraju. Być może podpis mógł być potrzebny, by ocalić kogoś z rodziny. I dlatego może warto choćby trzy razy zastanowić się, czy warto dla sławy zniszczyć drugiego człowieka. I dlatego, abstrahując zupełnie od dziennikarskiej rzetelności, chrześcijańskiej skruchy i przebaczenia czy też politycznego galimatiasu, po prostu, dla dobra ogółu i naszych dzieci zostawmy historię historykom.

W kraju pomników

Żyjemy w kraju pomników. Stawiamy ich mnóstwo, z nadzieją, że postacie, które czcimy, w jakiś cudowny sposób powrócą i poprowadzą nas do krainy mlekiem i miodem płynącej. Po co to robimy? Czy te posągi w parkach, przy ulicach w jakiś sposób pomagają osobom, które są nimi uczczone? Nie. Te pomniki są nam potrzebne. Bo nie mamy innych autorytetów. Bo odzwyczailiśmy się od myślenia za siebie, za społeczność, w której żyjemy i czekamy, aż ktoś nam wskaże drogę i poprowadzi za rękę. Ale ani Piłsudski, ani Jan Paweł II, ani nikt inny nie zejdzie z cokołów. Oni powiedzieli już wszystko, co mieli do powiedzenia. Może czas najwyższy ich posłuchać?

Pamięć o historii jest ważna, owszem, ale czasem przybiera postać na tyle absurdalną, jak manifestacje nastolatków w rocznicę wprowadzenia Stanu Wojennego, ich w gorącej wodzie kąpana chęć rozliczenia czegoś, co tak naprawdę ich nie dotyczy, na co nie mieli i nie będą mieli wpływu, jakby chcieli nadrobić coś, czego nadrabiać nie powinni, zamiast rozejrzeć się po własnym podwórku i zastanowić się nad przyszłością.

Ale łatwiej nam żyć przeszłością, wspominać stare, dobre czasy i wielkie wydarzenia. Łatwo i szybko uciekamy w legendy i mity, a przez to od odpowiedzialności za kraj, w którym żyjemy. Porównujemy to, co było kiedyś z tym, co jest teraz i wydaje nam się, że możemy przykładać taką samą miarkę. Ale czasy się zmieniły. A wraz z nimi spełniły się marzenia tych Polaków, którzy o nie właśnie walczyli. Mamy otwarte granice, może nie jest to tak jak u Pana Boga za piecem, ale nie ma znaczenia czy jesteś Polakiem, Niemcem czy Węgrem. Mamy mnóstwo pracy do wykonania, by Europa była zjednoczona, byśmy się czuli Europejczykami. Bo my się siebie wstydzimy. Ciąży i pożera nas mit ciemiężonego Polaka, który niewiele umie i zawsze jest chłopcem na posyłki. Ciąży na nas mentalna bariera braku wiary w siebie, w nasze możliwości, a przecież wiemy, że Polak potrafi. Pożera nas rak historii pod postacią współczesnych dwulatek, w których powtarza się utarty przez lata schemat, i zamiast „Laboratorium” w telewizji oglądamy kolejny odcinek serialu z cyklu kaskaderskich (czytaj: popisowych) politycznych wyczynów niczym niekończąca się telenowela w stylu „Mody na sukces”. I co gorsza, jej bohaterowie chcą wydrzeć jak najwięcej Orła dla siebie (pamiętacie tę scenę z „Dnia Świra”?). Przykre jest to o tyle, że, cytując Łonę, wszyscy jedziemy tym samym autobusem, w którym najwyższy czas na remont. I, niestety, potrzeba jeszcze niejednej wymiany pokoleń, by to zmienić...

Jak szósty zmysł

W serca dzisiejszych dwudziestolatków, studentów, nas, wtłacza się PRL pod postacią ipeenowskich teczek prawdy, mentalnego lenistwa i marazmu, mimo że nigdy nie mieliśmy i nie będziemy mieli szans go poznać. Jesteśmy nim otoczeni i nafaszerowani. Jego cień odbija się na murach naszych domów, szkół, przelewa się razem z nami po ulicach i nie przykryje go farba, którą spółdzielnia mieszkaniowa raz na dziesięć lat postanawia odmalować poszarzałe bloki. Jest z nami jak szósty zmysł, a jego problemy zostały, mają tylko inne opakowanie - inne ciuchy, lepsze samochody, alkohole i komórki. Jego echo słyszymy na każdej ulicy, krzyczy do nas z gazetowych nagłówków, z telewizorów. Być może mamy inne cele, inne marzenia, ale jest na nich jego ślad. On żyje w naszych nawykach, jest naszą drugą skórą i mimo dwudziestu lat od jego upadku okazuje się, że ma się całkiem nieźle. Jak mówi Pezet: prócz demokracji, nic nowego, nic.

Admin
Create content
Logowanie
Nawigacja
Markdown filter tips
## Header 2 ##
### Header 3 ###
#### Header 4 ####
##### Header 5 #####
(Hashes on right are optional)

Link [Drupal](http://drupal.org)

Inline markup like _italics_,
 **bold**, and `code()`.

> Blockquote. Like email replies
>> And, they can be nested

* Bullet lists are easy too
- Another one
+ Another one

1. A numbered list
2. Which is numbered
3. With periods and a space

And now some code:
    // Code is indented text
    is_easy() to_remember();