Podróż za jeden bilet

Kupuję bilet w kasie teatralnej, idę na przedstawienie, oglądam sztukę, wychodzę, komentuję, wracam do domu. Czy choć raz przyszło mi do głowy, aby zatrzymać się na chwilę i porozmawiać z aktorem, zapytać go, jak naprawdę wygląda jego praca? W pewne wtorkowe popołudnie aktorka teatru im. Wilama Horzycy, Matylda Podfilipska, zgodziła się zaspokoić moją ciekawość i odpowiedzieć na kilka pytań.

Justyna Nymka: Czy idąc do teatru, widz może czuć się jakby wyruszał w podróż, czy aktor jest w stanie to zapewnić?

Matylda Podfilipska: Nie tylko aktor jest w stanie „przenieść” widza do innego świata. Wiele zależy od tekstu, reżysera, od myśli, które chce się przekazać oraz od chęci widza. Bo przede wszystkim wydaje mi się, że osoba, która idzie do teatru, powinna wybrać się tam z własnego przekonania, a nie z obowiązku, co czasami się zdarza. Widz musi być gotowy i otwarty na podróż, bo teatr daje taką możliwość i można z niej skorzystać. Choć bywa, że słyszę szum na sali, że ludzie nie skupiają się na tym, co jest „tu i teraz”, że rozmawiają. Myślę, że jeżeli widz wie, na co przyszedł, dlaczego go to interesuje, to ta ciekawość jest pierwszym krokiem do podróży.

JN: Wspomniała Pani o tekście. Kto go wybiera? I na jakiej podstawie przyznawane są role? Czy aktor jest przypisywany postaci czy odwrotnie?

MP: Ponieważ nasz teatr funkcjonuje tak, że ma aktorów pracujących na etacie i bardzo rzadko aktorów występujących gościnnie, w związku z tym dyrekcja dysponuje znaną sobie ekipą. Zazwyczaj jest tak, że to osoba, która przychodzi reżyserować do teatru lub Pani Dyrektor ds. artystycznych, która również jest reżyserem, wybiera tekst i do niego dobiera obsadę. Może się zdarzyć tak, że zostanie wybrany tekst, który jest jakby napisany dla konkretnego aktora. Albo aktor zna lub szuka tekstu, którym mógłby się zająć, albo reżyser, który już nas poznał, skupi się na sztuce, gdzie znajduje się postać doskonale pasująca do kogoś z naszej ekipy. Wtedy też próbuje namówić dyrekcję teatru, bo zazwyczaj aktorów nie trzeba namawiać do pracy, że warto zainwestować czas, pieniądze i wysiłek, żeby wystawić akurat ten, a nie inny tekst. Bywa też tak, że reżyser dobiera sobie aktorów, słuchając rad dyrekcji artystycznej, która zna nas z codziennej pracy, wie czego może się po nas spodziewać i domyśla się, na co nas jeszcze stać.

JN: Jak wygląda praca aktora etatowego?

MP: Aktor pracuje na etacie teoretycznie sześć dni w tygodniu. W praktyce odbywa się to tak, że funkcjonujemy podobnie jak szkoły, czyli lipiec i sierpień mamy wolne, nie wystawiamy żadnych sztuk - to jest nasz czas wolny, plus te wszystkie dni, które muszą być wolne za przepracowane szóste dni w każdym tygodniu. Najprościej mówiąc: pracujemy od wtorku do niedzieli, próby możemy mieć od wtorku do soboty, dwa razy dziennie od 10 do 14 i od 18 do 22. Jeżeli mamy spektakle, to mamy tylko jedną próbę, jeżeli mamy spektakl i dwie próby, są to dodatkowe zajęcia – co często się zdarza. Wiadomo, że repertuar układany jest na cały miesiąc i to jest najważniejsze. Wokół tego układa się pracę aktora. Zdarza się też tak, że mam parę spektakli w miesiącu i żadnych prób – ma to swoje dwie strony, tę pierwszą, gdzie mam czas na rozwijanie własnych pomysłów, na pracę nad sobą. Jednak z drugiej strony, fakt, że nie przygotowuję się do nowej roli sprawia, że po zdjęciu z afisza sztuk z moim udziałem, nie mam widzowi nic do zaproponowania. Poza tym, aktor musi cały czas pracować sam ze sobą. Wyszukiwać i czytać wartościowe teksty, oglądać dobre filmy, sztuki – cały czas musi się rozwijać. Musi narzucić sobie pewien rygor, choćby wstawanie z rana, a nie spadnie do południa.

JN: Skąd się bierze i jak się dba o warsztat aktorski?

MP:Aktor uczy się warsztatu na studiach. Potem powinien o ten warsztat dbać. Jest zestaw ćwiczeń, które może sam wykonywać. Oprócz tego powinien dbać o dobrą kondycję fizyczną, aby mógł różne rzeczy wykonywać na scenie, ale nie ma raczej czegoś takiego, że aktor ćwiczy zestaw min i gestów – to są rzeczy, które powinny być naturalne, wynikać z zadania na scenie. Nie ma reguł, jeżeli chodzi o wyrażanie pewnych emocji. Każda praca nad nowym projektem jest dla mnie sensowna wtedy, kiedy jest odkrywcza, kiedy odkrywa przede mną nowe myśli, doznania, pozwala mi doświadczyć nowych emocji. Bardzo ważne jest, aby nie popadać w rutynę, aby nie zapanował marazm, bo wtedy ani mnie nie będzie się dobrze pracowało, nic ciekawego z tego nie wyjdzie i ludziom też nie będzie się podobało.

JN: „Czyściciel dywanów” - wciąż aktualny?

MP: Zazwyczaj w teatrze jest tak, że nad jedną sztuką pracuje się ok. trzech miesięcy. Nie pamiętam, ile pracowaliśmy nad „Czyścicielem”, ale na pewno krócej, z racji innych naszych zobowiązań. Zgranie między aktorami w tej sztuce wynika częściowo z naszej wspólnej prywatnej ścieżki, z tego, że zdążyliśmy się już poznać, jesteśmy – można powiedzieć – przyjaciółmi, poza tym znamy ten tekst od kilku lat. W teatrze jest tak, że jednym spektaklom długie przerwy służą, a inne zabijają. W tym przypadku czas działa na korzyść „Czyściciela”. Spotykamy się przy okazji starego tekstu na kolejnym etapie w naszym życiu i ten tekst w tym konkretnym etapie jest dla nas z jednej strony tak samo dobrze znany, jak był, a z drugiej – odświeżający, radośnie odkrywczy i na tyle pojemny, że mamy tam miejsce na porozumienie się półsłówkami, półgestami. Dodatkowo daje możliwość „włożenia” do sztuki emocji, których doświadczyliśmy, kiedy spektakl nie był grany. Pod tym względem „Czyściciel dywanów” jest bardzo elastyczny, jest jak normalna rozmowa, jak spotkanie znajomych, jak zabawa ze wspomnieniami, z wyobraźnią.

JN: Jakie emocje towarzyszą przy pracy nad nową sztuką?

MP: Każda nowa rola, każdy nowy tekst jest kolejną przygodą. Do tej pory zawsze łączyło się to z moim entuzjazmem. Czasami czuję już na początku, że będzie trudno, bo materia jest trudna albo kompletnie mi nie znana. Jednak nie zmniejsza to przyjemności wejścia w nową przygodę. Poza tym, ta przygoda po części zależy też od tego, z kim jest przeżywana. W związku z tym nie wiem, w co wchodzę, ale muszę być otwarta, żeby nie przeoczyć sygnałów, które płyną z tego spotkania. Zaczyna się oczywiście od poznawania tekstu, rozkładania go na czynniki pierwsze, są też rozmowy z reżyserem, aktorami. Następnie trzeba oswoić przestrzeń, w której się gra.

JN: Aktorzy grający w spektaklach

MP: To jest dziwna sprawa. Z jednej strony znamy się bardzo dobrze i często spotykamy poza teatrem, a z drugiej strony, gdzieś tam każdy z nas chroni swoją prywatność. Niejednokrotnie musimy zagrać sceny, które odbierane są jako te bardzo prywatne – jeśli nam się udaje, to dobrze. Aktor wydaje się wtedy wiarygodny, szczery, naturalny. Jednak w każdym z nas pozostaje być może zdrowy rozsądek, jakaś cząstka ratująca nas przed tym, aby nie czuć się po niektórych spektaklach zużytym, żeby móc wrócić do domu i przeżywać coś, wiedząc, że to jest tylko moje. Bywają sztuki „balansujące na granicy”, które doprowadzają aktora do tego, że spala się kompletnie, ale aktor jest w stanie dać z siebie wszystko, po czym wrócić do domu i znaleźć w sobie jeszcze coś, co jest zarezerwowane tylko dla bliskich.

JN: Jak bliscy postrzegają Pani pracę?

MP: Moi bliscy akurat bardzo szybko zaakceptowali fakt, że zawód aktora łączy się czasami z niezwykle trudnymi zadaniami i odsłanianiem się zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Akceptacja nie jest łatwa - co innego rozumieć, a co innego poradzić sobie z tym i to musi być powiązane z rozmową, z przeżywaniem tego. Jednak myślę, że dzięki temu, że towarzyszą mi w przygotowaniach do roli, widzą, jak ona powstaje, to łatwiej im to później zobaczyć. Pewnym ułatwieniem dla bliskich byłoby to, gdyby wiedzieli, że postać przeze mnie grana jest tylko postacią, jednak z paroletniej praktyki wiem, że tego nie da się tak po prostu odciąć – roli od prywatności. Myślę, że kłamstwem byłoby, gdybym powiedziała, że na scenie jestem stuprocentową postacią, że wszystkie emocje, które przeżywam, są emocjami postaci. Czasami aktorstwo nie jest fajną pracą: nie każda postać, w którą przyszło mi się wcielić, była postacią dobrą, do rany przyłóż, zdarzały się też zołzy i czasami trudno sobie z tym poradzić.

JN: Czy pamięta Pani swoją pierwszą postać przeprowadzoną od początku do końca?

MP: Pierwszą pełną postać zagrałam, będąc jeszcze na studiach, na czwartym roku. Była to rola Charlotte Corday, którą zagrałam w Toruniu. To są moje pierwsze doświadczenia i myślę, że tak jak wszystkie „pierwsze razy”, było to bardzo intensywnie przeżycie,nie tylko ze względu na trudność samej postaci, ale też na konieczność przeprowadzenia czegoś od początku do końca. W trakcie studiów graliśmy pojedyncze sceny, wygłaszaliśmy monologi, a tu nagle trzeba odtworzyć całe życie postaci. Wtedy też zdałam sobie sprawę, jaki to ma wpływ na prywatne życie.

JN: Proszę powiedzieć na koniec, w jakiej sztuce teraz można Panię spotkać

MP: Można się ze mną spotkać w „Śniegu” Witkacego, można przyjść na ostatnie już spektakle „SOS ginącej miłości” z piosenkami Przybory – w tej sztuce gram również na skrzypacach. Oprócz tego „Przedostatnie kuszenie Billa Drummonda”, „Caritas”, „In Extremis”, „Eine kleine Nachtmusic”. Myślę, że to najważniejsze w tej chwili spektakle.

JN: Dziękuję bardzo za rozmowę.

Admin
Create content
Logowanie
Nawigacja
Markdown filter tips
## Header 2 ##
### Header 3 ###
#### Header 4 ####
##### Header 5 #####
(Hashes on right are optional)

Link [Drupal](http://drupal.org)

Inline markup like _italics_,
 **bold**, and `code()`.

> Blockquote. Like email replies
>> And, they can be nested

* Bullet lists are easy too
- Another one
+ Another one

1. A numbered list
2. Which is numbered
3. With periods and a space

And now some code:
    // Code is indented text
    is_easy() to_remember();