Komu w drogę... temu Roztocze

Majowe rajdy rowerowe należą już do duszpasterskiej tradycji. Tym razem naszą dziesięcioosobową ekipą, złożoną już nie tylko ze studentów z Torunia, ale także z Poznania i zaprzyjaźnionego Wrocławia, postanowiliśmy wybrać się do miejsca, w którym nas jeszcze nie było: na Roztocze i Lubelszczyznę. Tegoroczny rajd odbył się pod hasłem „Komu w drogę, temu…”, które rozbrzmiewało za każdym razem, kiedy naciskaliśmy pedały.

Początek naszej przygody stanowił dworzec PKP, ponieważ znaczną część drogi postanowiliśmy pokonać pociągiem. W Lublinie zajęli się nami poznani niegdyś na wycieczce w Toruniu lektorzy z KUL-u. Jeden z nich popisał się niebywałą tężyzna fizyczną dźwigając nielekki plecak koleżanki Asi przez całe miasto. W takim towarzystwie poznawaliśmy mniej (UMCS) lub bardziej (Starówka i KUL) urokliwe zakątki Lublina. Kiedy tam będziecie, koniecznie musicie zobaczyć swoisty relikt PRL-u... Zainteresowanych odsyłam do uczestników wyprawy, bo o sprawie tej nie wypada pisać na łamach tej szacownej gazetki;). Pod koniec dnia sprawiedliwości stało się zadość i za nasze przewinienia zostaliśmy zakuci w kajdanki i wsadzeni do więzienia... a tematy rozmów (co ciekawe) zeszły na karę śmierci…

Komu w drogę temu …dobrze znać mamę Asi…

Następnego ranka obudziliśmy się jednak w domu Sióstr Misjonarek Afryki, by po pysznym śniadanku wyruszyć w kierunku Majdanka. Potem poprzez Kozłówkę (z fantastycznym pałacem, parkiem i żywym pawiem spacerującym po balkonie) dotarliśmy do Lubartowa. Nie będę ukrywać, że główną myślą, która trzymała chłopców przy życiu była myśl: „Co też mama Asi ugotuje na obiad?” Nie zawiedli się jednak ci, którzy wiele oczekiwali, bo zostaliśmy ugoszczeni wprost wspaniale. No i dowiedzieliśmy się, że gdziekolwiek byśmy nie pojechali, wszędzie tam mama Asi ma rodzinę... To podsunęło nam chytry pomysł na przyszłą wyprawę.

Komu w drogę temu… nocleg na piękne, męskie oczy…

Wśród popiskiwań klaksonów opuściliśmy Lubartów, żeby przez Nałęczów dotrzeć do Kazimierza nad Wisłą. W Kazimierzu, niespodziewanie dla wszystkich, odkryliśmy nowy sposób poszukiwania noclegu. Hmm... no dobrze: odkryli go chłopcy. Otóż przepis jest taki: kilku urodziwych/nieurodziwych chłopców (jak kto woli) posadzić na karimacie przed kościołem. Efekt jest taki, że od razu przybiegną ludzie chętni zaoferować im darmowy nocleg. Serio! Od tego momentu my - kobiety - mogłyśmy się już poczuć bezpiecznie i mieć pewność, że nocleg pod gołym niebem nam nie grozi. Generalnie Kazimierz był miejscem odkrywania wielu talentów. Okazało się na przykład, że Jacek jest genialnym pogromcą cebuli (lepszym niż Makłowicz). Niejedna kobieta może wpaść w kompleksy widząc, jak drobno potrafi pokroić cebulę. No, ale w tym pięknym miejscu nie zajmowaliśmy się tylko jedzeniem. Po tym, jak podbiliśmy serce gospodyni na plebanii, udaliśmy się na zwiedzanie Kazimierza. Niejeden z nas zakochał się w widoku na dolinę Wisły zza zamku albo nocnym pejzażu oglądanym z Góry Trzech Krzyży. No, ale dość tej nostalgii. Żeby podtrzymać duszpasterską tradycję, zagraliśmy jeszcze w łapki na rynku i udaliśmy się w dalszą drogę.

Komu w drogę temu…przenocować na plebanii, gdzie spał morderca…

Z Kazimierza, nie bez małych problemów (ekspresowa zmiana dętki), udaliśmy się do Annopola, gdzie zamierzaliśmy przenocować. Ten dzień upłynął pod hasłem wychowania patriotycznego. Udaliśmy się bowiem do Antoniowa, aby poszukać grobu prababci Jacka. Trzeba było się wcielić w małego detektywa i odnaleźć najstarszą mieszkankę wsi, która miała być jedyną osobą, która mogła posiadać takie informacje. Pani okazała się przemiłą osobą, grób został odnaleziony, a świat okazał się mały. Pani bowiem była przyjaciółką babci Jacka z czasów młodości! Podbudowawszy serca, w strugach deszczu, dotarliśmy do Annopola. I tu pojawił się problem. Miał on posturę osoby, która strzegła dostępu do noclegu. Był to ksiądz na plebanii, z którym chłopcy mieli małą scysję. Obawiał się nas przenocować, gdyż kiedyś udzielił schronienia człowiekowi, który zamordował własną matkę. No, ale sytuację udało się załagodzić po „telefonie do przyjaciela”, a serce księdza i tak podbiliśmy prosząc go, aby odprawił dla nas mszę o szóstej rano (czego się nie robi, aby pozostawić dobre wrażenie:))…

Komu w drogę…temu odmrożenia…

Następnego dnia dotarliśmy do miasta, gdzie San domierza do Wisły. Zostaliśmy wspaniale ugoszczeni przez mamę Sylwii w budynku wydawnictwa diecezjalnego. W tym miejscu należą się dla niej gromkie oklaski za obiad, który dla nas przygotowała (a co z pewnością kosztowało ją trzy bite dni spędzone w kuchni). Sandomierz przywitał nas mrozami. Dziękowali Bogu szczęśliwi posiadacze rękawiczek, przynajmniej nie nabawili się odmrożeń dłoni pierwszego stopnia, co nie wszystkim było dane. Ale co nas nie zabije, to nas wzmocni, jak mówi stare porzekadło. Przynajmniej na pocieszenie mogliśmy obejrzeć wspaniałe zabytki, dowiedzieć się, jaką śmiercią zginiemy oraz zobaczyć jedyne w Polsce miejsce, w którym zakotwiczono niebo.

Komu w drogę temu… supermarket schronieniem…

Złotymi zgłoskami w tym naszym szalonym wyjeździe zapisał się pewien sklep w Gorzycach, którego nazwy (oznaczającej rodzaj insekta) z przyczyn oczywistych przytoczyć tutaj nie mogę. Ledwo zdążyliśmy wyjechać z Sandomierza, a już udało się połamać kilka szprych. Tak więc przed wymienionym już tu sklepem spędziliśmy co najmniej trzy godziny. I wcale nie oddawaliśmy się zakupom. Część ekipy udała się w poszukiwaniu sklepu rowerowego. Niewiasty zaś, wraz z jednym z mężczyzn, pozostały pilnować dobytku. Niezły ubaw musieli mieć klienci sklepu, gdy przez kilka godzin symulowaliśmy, że czekamy na kogoś przed sklepem opatuleni w karimaty (strasznie wiało), tudzież siedząc jak kury na grzędzie tuż za drzwiami na fotokomórkę (wewnątrz), starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, żeby nie wpuścić do środka zimna. Mimo komizmu całej sytuacji wcale nie było nam do śmiechu... Postanowiliśmy więc udać się do pobliskiego Caritasu, którego zachęcające drzwi były otwarte na oścież. A tam to już była prawdziwa plaża…

Komu w drogę temu… nawrócenie…

Tracąc jeden dzień na zwiedzaniu sklepu musieliśmy skorzystać z usług naszej kochanej kolei, aby dostać się do Biłgoraja. Po drodze odwiedziliśmy Stalową Wolę, która o mały włos stałaby się miejscem nawrócenia naszych mężczyzn na islam. Była to sytuacja niezrozumiała dla kobiet, które świadome prawdy, że facet, który nie zje mięsa, to facet zły, udały się na pobliską plebanię w celu odgrzania nieśmiertelnej na każdym rajdzie, kiełbasy. Cóż one winne, że ksiądz na plebanię chciał wpuścić tylko dziewczyny? Skończyło się na szczęście jedynie małym buntem na pokładzie.

Komu w drogę… temu roztoczański pył w zębach…

Powszechnie wiadomo, że dobrze mieć rodzinę, zwłaszcza w pięknych zakątkach Polski. Odczuliśmy to na własnej skórze podbijając serca familii naszych koleżanek w Sandomierzu, Lubartowie i Biłgoraju. Jednak najpiękniejszy dzień wyprawy miał dopiero nadejść. Zbliżaliśmy się do Roztoczańskiego Parku Narodowego... Warto było wspiąć się (jak zrobiła większość) albo wjechać (ukłony do cyborgów, którym się udało) na wielką górę w Lipowcu, żeby zobaczyć oszałamiający widok na Roztocze. Naprawdę jest co wspominać, ale żadne słowa nie są w stanie opisać tego widoku! Z następnego dnia zapamiętamy na pewno duże ilości lessu, (które zabraliśmy ze sobą do Torunia), a które przyklejały się do nas i do naszych rumaków w każdej sekundzie szalonego zjazdu wąwozami. Czuliśmy się jak prawdziwi rajdowcy. W takich nieco „niewyjściowych” strojach dotarliśmy przez Zwierzyniec i Szczebrzeszyn do Zamościa – czyli kresu naszej podróży, gdzie znaleźliśmy gościnę u przemiłych Franciszkanów, by o czwartej (o zgrozo!) rano wstać i pociągiem wyruszyć w stronę Piernikowego Grodu.

***

Gdzie się wybierzemy następnym razem? Nie wiadomo. Gdziekolwiek jednak zobaczycie powiewającą w oddali flagę duszpasterstwa, dobiegające głosy piosenki czy radosne śmiechy, możecie być pewni, że to nasza szalona brygada. I możecie się dołączyć. W końcu „komu w drogę temu…”

Admin
Create content
Logowanie
Nawigacja
Markdown filter tips
## Header 2 ##
### Header 3 ###
#### Header 4 ####
##### Header 5 #####
(Hashes on right are optional)

Link [Drupal](http://drupal.org)

Inline markup like _italics_,
 **bold**, and `code()`.

> Blockquote. Like email replies
>> And, they can be nested

* Bullet lists are easy too
- Another one
+ Another one

1. A numbered list
2. Which is numbered
3. With periods and a space

And now some code:
    // Code is indented text
    is_easy() to_remember();