Aby człowiek był coraz bardziej człowiekiem

Wywiad z o. Lesławem Ptakiem, nowym duszpasterzem akademickim.

Lubię poniedziałek, bo...

Poniedziałek? Bo... tak od strony egoistycznej, takiej typowo ludzkiej, do południa prawie nic nie mam (śmiech), naprawdę nic się nie dzieje, czyli jest to czas wolny.

Można długo spać?

Spać to może nie, bo nie lubię, ale można, na przykład, wyskoczyć na rower, można odpocząć po całym tygodniu. Już wieczorem są zajęcia, ale przed południem na pewno nic nie mam. Tak mam ustawiony program, że dyżurów w pokoju duszpasterza nie ma.

Lubi Ojciec jeździć na rowerze. Ma Ojciec tutaj rower?

Mam, mieszkam w pokoju z rowerem. Jak tylko się dowiedziałem, że tu przyjeżdżam i dowiedziałem się, że ludzie tutaj jeżdżą, i że dużo się czasu spędza ze studentami na rowerze, w wakacje i nie tylko, postanowiłem swojego staruszka Wheelera w miarę możliwości zamienić na nowego Wheelera. Udało się. Dobrzy ludzie mi pomogli, jestem przygotowany (śmiech). Mój rekord to 40 kilometrów dziennie, tak 4–5 godzin.

To może słów kilka o sobie samym…

O! Od czego tu zacząć? Wiek – 43 lata, 10 marca 1962, ryby. Czy to dużo, czy mało, to nie wiem, to różnie bywa, niektórzy mówią, że to mało dla mężczyzny, a jeszcze młodziej wyglądam, więc jakoś na razie daję sobie z tym radę. Urodzony w Częstochowie, wychowany koło Radomia, w Skrzyńsku k. Przysuchy. Wczoraj była mama z pierogami. Szkoła średnia – liceum zawodowe, nowicjat w Kaliszu u jezuitów, dwa lata. Studia filozoficzne, trzy lata w Krakowie. Przerwa w studiach na dwa lata w Mediolanie – woźny, opiekun dzieci, nauka języka przede wszystkim. Na drugim roku, jak już trochę tego języka poznałem, pracowałem z młodzieżą. Nawet kupili mi gitarę, którą mam z tamtych czasów, staruszka już, ale kupili mi żebym miał na czym grać. Potem wróciłem do Warszawy. W Warszawie wstąpiłem na podstawowy kurs teologii, a ponieważ był i jest u nas zwyczaj, że po podstawowym kursie robimy specjalizację, więc wybrałem sobie teologię duchowości i poprosiłem prowincjała o wyjazd do Rzymu. Wspominam go jako najpiękniejszy okres w moim życiu (śmiech). I tam skończyłem specjalizację z tytułem licencjusza z teologii duchowości. Po powrocie do Polski byłem cały czas w Warszawie, 12 lat z małą przerwą w Jastrzębiej Górze na Trzeciej Probacji [tam gdzie jest teraz o. Mikulski – przyp. red.].

Czyli stolica znana jest Ojcu jak własna kieszeń?

Nie właśnie, niestety. Podobnie jak nie udało mi się zwiedzić Rzymu, będąc tam dwa lata, tak nie udało mi się dokładnie zwiedzić Warszawy przez 12 lat.

Szkolna miłość…

(Śmiech) Dużo było takich miłości. Naprawdę. Natomiast wszystkie chyba były jakieś takie nieważne, bo to były związki, których nie wspominam specjalnie. Najważniejsze sprawy miały przyjść później. I przyszły później, i to dużo, dużo później. Byłem człowiekiem, który nawiązywał dużo relacji, takich czy innych, nie były to może chodzenia latami z kimś, raczej przelotne i śmieszne związki, dziecinne, natomiast, ponieważ myśl o powołaniu przyszła mi w wieku 17 lat, bałem się, że kogoś uwiążę. Nie podobała mi się wersja typu: płacząca dziewczyna na dworcu i ja, odjeżdżający bohater, trzymający kciuki, albo ona za mnie. Dlatego też trochę nawet trudu poświęciłem na to, by nie nawiązywać jakichś poważnych relacji, myśląc tak poważnie o swojej przyszłości. A dane mi było już w wieku 17 lat wiedzieć, że tak się stanie. Było dużo, ale nic do opowiadania, najciekawsze rzeczy są nie do opowiadania, i nie miały miejsca ani w podstawówce ani w szkole średniej (śmiech).

Skoro już o powołaniu, to dlaczego jezuici?

Dlaczego jezuici? Byłem u salwatorianów, rok, nie w zakonie, ale jako kandydat. Było nas trzech ze wsi. Byłem bardzo poważnie zaangażowany i już prawie przyjęty. Miałem tylko dowieźć papiery. Stało się tak dziwnie, że rok wcześniej, byłem przypadkowo (przypadkowo?), na wycieczce w Świętej Lipce. Miałem kolegę, który miał fioła na punkcie jezuitów. Tylko, że znał jezuitów, i przekazywał mi też te informacje, tak od strony afer historycznych. On się tym fascynował, uważał jezuitów za takich odjazdowych facetów, którzy żyją skandalami, kasą i tak dalej, i to go interesowało, i nosił się z zamiarem wstąpienia, ale chyba wydawało mu się, że wstępuje do instytucji, która karmi się co dzień takimi skandalami. De facto potem wstąpił (i szybko wystąpił). I ja, będąc na tej wycieczce, jak zobaczyłem co to jest Święta Lipka, kto jest opiekunem – no, jezuici – chciałem koledze zrobić prezent. Wziąłem adres od jakiegoś jezuity, który sobie pogrywał latem na gitarze z dziewczynami, i przywiozłem mu to. I on się ucieszył i napisał do promotora. I ten promotor, w postaci o. Joecka, przejeżdżając przez tamtą miejscowość, chciał go spotkać. Nie było kolegi, więc brat kolegi, który wiedział, że interesujemy się życiem zakonnym i tymi sprawami, skierował ojca do mnie. I o. Joeck poznał mnie, ja jego... I coś mnie w tym człowieku ujęło, coś, czego naprawdę nie doświadczyłem u salwatorianów. To, co właśnie u jezuitów cenię, i chciałbym kultywować to cały czas – jakaś taka bezpośredniość, jakaś taka autentyczność. Ja byłem wtedy człowiekiem palącym, mogłem spokojnie zapalić, nie musiałem się przed kapłanem kryć, czułem się jak w domu i pomyślałem, że jeżeli oni tacy są, to musi być fajnie. No i postanowiłem pojechać na jeden, drugi dzień skupienia, zdradzając salwatorianów za plecami. Definitywnie ich zdradziłem tuż przed wstąpieniem. Nie obyło się to bez zamieszania, ale byłem prawie przekonany. No było w nich coś takiego fajnego, co mi mówiło, że tu chyba się odnajdę. I rzeczywiście, potem w nowicjacie w Warszawie, poznając duchowość tego zakonu, zobaczyłem, że był to strzał w dziesiątkę. Nawet to był swego rodzaju cud, bo niewiele wiedziałem o ich założycielu, niewiele wiedziałem o zakonie jako takim. Ujęli mnie jezuici jako tacy, reprezentanci, nie instytucja, czymś takim, co sobie cenię – przejrzystość, autentyczność, coś, co jest też w rekolekcjach ignacjańskich.

A gdyby Ojciec nie był księdzem?

O! Chciałem być zawodowym żołnierzem, chciałem być nauczycielem, ale przede wszystkim chciałem być dobrym mężem. Dlatego, że historia mojej rodziny jest nieciekawa, dość smutna i zaliczyć ją można do nieudanych. Są ludzie, którzy kopiują błędy swoich rodziców, a są ludzie, którzy mówią: zrobię wszystko by było inaczej. I ja szedłem w tym kierunku. I chciałem naprawdę kogoś uszczęśliwić, być szczęśliwym tatą i dobrym mężem i ojcem. I gdyby to potoczyło się inaczej, to prawdopodobnie zrobiłbym wszystko żeby w tym kierunku pójść. Natomiast zawody to różnie. Nawet miałem być ogrodnikiem, przez moment to lubiłem. Mój tato chciał, bym przejął po nim ogród, nawet próbował mnie w tym kierunku kształcić, ale nie dałem rady.

Czasami marzę o...

Tylko czasami? Marzeń mam tyle (śmiech)

O. Lesław – marzyciel?

Tak, na przykład teraz marzę, żeby - w bardzo wąskiej grupie ludzi, właściwie z najbliższymi osobami, a jest ich niewiele, jestem wymagający - pojeździć po Rzymie, ale tak na własną rękę, rowerem. Najtrudniej jest się tam dostać, to jest najgorsze - przecisnąć samolotem, i tam w towarzystwie naprawdę oddanych osób, dwóch, trzech, nawet jednej, pojeździć, podotykać tego wszystkiego i podelektować się. O! To takie marzenie z kręgu moich zainteresowań. Natomiast chciałbym być dobrym spowiednikiem, zależy mi na tym bardzo, zależy mi na prawdzie, marzę o tym, żeby z Ewangelii wyłuskać jak najwięcej. Ewangelia mnie fascynuje, czuję, że tam jest dużo, tam jest cały czas coś głębszego.

Wspomniał ojciec o przyjaciołach. Największy przyjaciel?

Kobieta. Przyjaciółka. To jest najbliższy mi człowiek. Nie jest to mężczyzna. Swego czasu był to mężczyzna, taki jezuita, który jest teraz w Chicago, Paweł Kosiński. Bardzo się lubiliśmy, do tego stopnia, że - i to było właśnie ciekawe, bo albo to był brak tej naszej przyjaźni, albo to był ideał przyjaźni - potrafiliśmy godzinami gadać i to nie na temat bzdur, ale nam naprawdę zależało na życiu. On przychodził, nieważne czy byłem zajęty czy nie, siadał i gadał, no i ja oczywiście zostawiałem wszystko i go słuchałem. Był to przyjaciel, człowiek zaufany. Natomiast na dzisiaj jest to kobieta.
Dlaczego Św. Lipka była taka ważna? Była ważna dlatego, że Matka Boża Świętolipska była pierwszą Maryją, która mi się spodobała jako kobieta. To była rewelacja, to było coś pięknego. Ja do tej pory widziałem nieładne, nie absorbujące wizerunki Matki Bożej. Częstochowska jest moją, bo tam podobno zostałem powierzony przez mamę itd., ale Ona mi się nie podoba jako kobieta. Twarz cierpiąca, nie wzbudza jakiejś tam sympatii, czy zachwytu, natomiast ta była śliczna i po latach się zorientowałem, że ten zachwyt Maryją jak kobietą, był takim proroctwem, ponieważ przez kobietę dużo się wydarzyło w moim życiu, nie twierdzę nawet, że moja droga kapłaństwa jest też przez kobietę, no bo skoro przez Maryję, to czemu nie przez realnie chodzącą po ziemi kobietę. To jest przyjaciel, z którego dużo czerpię. Nawet biorąc serio Ewangelię – według krwi, to jest zdrowa relacja, według krwi, powiedzmy, że mama jest najcenniejsza – natomiast Pan Jezus mówi, że według pewnych kryteriów ktoś jest mi matką, siostrą, bratem i jeżeli to jest prawda, to na dzisiaj ta osoba jest dla mnie matką, siostrą, żoną, ojcem, najbliższą rodziną, kimś najbliższym.

Gdy wychodzę na spacer...

Gdy wychodzę na spacer? Właśnie, Toruń mi się podoba od tej strony. Mówią, że zimą jest jeszcze piękniej, że jest normalnie odlot. Lubię samotność, ale lubię też patrzeć na ludzi, naprawdę, trochę to jest krępujące, ale lubię obserwować ludzi, bo wydaje mi się, że mam ten dar czytania, sam też lubię nawiązywać relacje, nie byle jakie, choć to jest trudne i niewiele takich jest. Lubię obserwować ludzi, jestem ciekawy ludzi, możliwe, że jest to coś Bożego, nie wiem, tak mi się teraz powiedziało, bo Pan Bóg też jest ciekawy ludzi, ulokował w nas pewną tajemnicę, której jest sam ciekawy, żeby się zrealizowała i może to jest taka ciekawość… Zresztą, o tym cały czas mówię – teraz to sobie uświadomiłem, że lubię mówić o tym w kazaniach, że lubię przypominać o czymś, o czym chyba nie pamiętamy, że nie potrafimy przeżywać naszego codziennego życia jako pomostu. Spacerując lubię też samotność, nie zawsze chodzę i gapię się na ludzi. Dobrze też jest pogapić się na siebie i posłuchać siebie samego, bo w końcu dla siebie jesteśmy najciekawszym obiektem zainteresowań.

A w wolnych chwilach?

Do tej pory w wolnych chwilach organizowałem sobie mój warsztat pracy (śmiech). W wolnych chwilach musiałem robić pokoik duszpasterza. W wolnych chwilach musiałem się dowiedzieć: kto? co? gdzie? jak? w duszpasterstwie. W wolnych chwilach robiłem sobie pokój. Dużo wolnych chwil spędziłem na organizowaniu sobie tutaj miejsca. Natomiast teraz już, kiedy już tych wolnych chwil jest troszkę więcej, no to jak było ciepło bardzo lubiłem wolne chwile spędzać na rowerze, ale takie naprawdę wolne. Lubię się modlić w wolnych chwilach, nie zawsze to jest możliwe. Chciałbym robić zdjęcia w wolnych chwilach, ale jakoś tak wychodzi dziwnie, że ten zapał realizuje się raz w roku, w wakacje. Nie potrafię, no właśnie to jest coś, co mnie ciągnie, a nie potrafię tak iść i popstrykać. Z drugiej strony jest to coś, co kosztuje, bo jednak wywołać te zdjęcia i wyrzucić połowę itd. A tylu tych wolnych chwil to już nie ma. Oprócz tego czytam oczywiście! Czytam… Lubię czytać. Ostatnio czytałem o Lutrze, nie żebym się tam fascynował, ale widziałem kiedyś kawałek filmu i chciałem sprawdzić, czy to jest prawda, a ponieważ mam dwie książki jednego z lepszych historyków, J. M. Toddi’ego, i pochłaniała mnie ta lektura, naprawdę jest fajnie napisana i, no nie wiem, muszę chyba jeszcze raz przeczytać, bo wydaje mi się, że jest wielkie nieporozumienie, że po drodze gdzieś ci chrześcijanie się rozeszli przez, nie powiem bzdury, ale rzeczy, które chyba miłość powinna pokonać, ponieważ gdyby miłości nie było, to by urosły do rangi jakichś różnic, podziałów itd. Pamiętam, że namacalnym owocem rekolekcji w Warszawie była protestantka. Przyznała się, że jest protestantką i koniecznie chciała wiedzieć, gdzie ja przemawiam, bo chciała mnie słuchać. I przez całe pół roku przychodziła z notesem, potem były dwie, pisały i przystępowały do komunii. I ja się dziwiłem, jak one to robią. No bo są te różnice między nami. Potem usłyszałem, że brat Roger też potrafił przystąpić do komunii i jednocześnie pozwolić się błogosławić przez katolickich kapłanów. Uważam, że my powinniśmy dążyć do takiej sensownej ekumenii, do wzajemnego szacunku, i to mnie korci. Wierzę, że zjednoczenie jest dużym wyzwaniem dla świata, nie tylko chrześcijańskiego, i powinniśmy do niego dążyć.

Czy jest jakaś książka albo film, który szczególnie wpłynął na Ojca życie?

Nie pamiętam czegoś takiego szczególnego. Ja jestem trochę taki dziwny. Ja pamiętam takie plamy emocjonalne, natomiast, nawet jak z przyjaciółmi rozmawiam, to ja nie pamiętam szczegółów. Na przykład lubię pewne miejsca, ale nie potrafię powiedzieć dlaczego. Oni mi tam przypominają, że tam wydarzyło się coś takiego i takiego. Albo wspominam sympatycznie szkołę, ale żeby skupić się na jakiś faktach, to musi mi ktoś przypomnieć, jakie to były fakty dokładnie. I teraz może tak się dzieje, że jakoś się rozwijam, przechodzę, przechodzę, ale nie jestem przywiązany do tych pomników tego rozwoju. Najbardziej jestem przywiązany do osób tak naprawdę. Do miejsc nie bardzo, pod warunkiem, że są związane z kimś. Jakieś filmy... są na pewno rewelacyjne filmy, ale gdybym miał powiedzieć, że to jest życiowy film, to nie ma – on zrobił swoje i odszedł, przestał być wyjątkowy.

O. Wojtek pozostawił po sobie prężnie działające środowisko. Jak w tym wszystkim odnajduje się o. Lesław?

Nie umiem tego robić. To jest raz. Nigdy nie byłem duszpasterzem akademickim, więc chodzę w miarę jak mi się uda, pokornie, licząc, że ludzie nauczą mnie być ich duszpasterzem. Wojtek też nie miał szczęścia przekazać mi tego wszystkiego. Mijaliśmy się w sytuacji bardzo nieszczęśliwej, do tego stopnia, że do ostatniego momentu nie miałem żadnych kontaktów. Liczyłem, że ludzie przyjadą i będą mnie szukać. I tak się rzeczywiście stało. On uruchomił parę osób, które miały mnie odnaleźć, trochę ułatwić życie. Natomiast nie dane nam było tak sobie przyjechać, mieć tydzień. Ja przede wszystkim się otwieram patrząc na to co jest. Po drugie nie chcę niczego zmieniać, absolutnie, nawet ten harmonogram – jest dokładnie wszystko co było, poza jedną grupą, która się zmieniła z „Drogi” na „La Stortę”. Generalnie jezuici nie są skorzy do wprowadzania zmian w miejscu, do którego dopiero co przybyli, nie jest to w naszym duchu, zdarzają się oczywiście wyjątki, ale te wyjątki potwierdzają regułę. Jak przychodzimy na nowe miejsce, to nie zaczynamy od zmian. Trzeba najpierw dokładnie poznać miejsce w którym się jest, nawet jest taka zasada psychologiczna – jeśli chcesz coś zmienić, to najpierw musisz coś mieć, żeby zmieniać. Przede wszystkim chciałbym sobie ludzi zjednać, chciałbym żeby mnie polubili. Uczyłem w szkole średniej i wiem, że podstawowym warunkiem uczenia w szkole jest poświęcić rok nie na jakiś program, ale po to, żeby ludzie cię polubili, żeby wiedzieli, że są dla ciebie ważniejsi od twojego programu i potem już można rzeczywiście próbować coś tam przekazać. Staram się zaprezentować siebie, nie wiem jak to wychodzi, ale odzew mam jakiś, bo uważam, że jeśli w ciągu ostatnich dwóch tygodni pojawiają się jakieś telefony z prośbą o rozmowy, o jakieś kontakty, to na szczęście coś się dzieje, rusza i to mnie cieszy i jeżeli tak jest, to widocznie powoduję zaufanie. Oby tak było dalej. Naprawdę warto mi zaufać.

Czy czuje się Ojciec autorytetem?

Tak. Ale czasami się tego boję, bo to jest duża odpowiedzialność. Nie wiem, czy tak mają ludzie wielcy, którzy są autorytetami, ale czasami jest mi z tym dobrze, czasami jest to świadomość takiej dużej odpowiedzialności, a czasami nawet strach, no bo tak jak w życiu – czasami jest się bardziej z Bogiem, czasami mniej, czasami jedną nogą, czasami ramię w ramię. I od tego to chyba zależy, chociaż nie tylko. On też miał tak – czasami się czuł świetnie, czasami pocił się krwią, czasami się bał i wydaje mi się, że jeżeli jest się tym samym człowiekiem, co inni ludzie, to się ma te same problemy. A więc jeśli jest się kimś wybranym, szczególnym, to ten szczególny ma też szczególne problemy, żeby być w porządku wobec ludzi. Dlatego też czuję się autorytetem, wiem, że trochę rzeczy w życiu osiągnąłem, miałem takie wydarzenia w życiu, które dużo mnie nauczyły. Natomiast jeśli się ma autorytet, to nie trzeba o niego walczyć, jeśli ma się trochę tego szczęścia i tego prawdziwego autorytetu, to ma się trochę więcej cierpliwości i dystansu wobec tych, którzy mogliby z niego skorzystać. Ale czuję się autorytetem, i wierzę, że coś, co osiągnąłem w życiu, co mam, mogłoby służyć ludziom. Niektórzy mają odwagę z tego korzystać, a niektórzy jeszcze nie.

A czy jest osoba na której Ojciec się wzorował, autorytet?

Oczywiście Pan Jezus. To jest jedyny autorytet. I ci, którzy, wydaje mi się, mądrze o Nim mówią i doświadczają Go, ale przede wszystkim On. Każdy, kto jest autorytetem, musi mieć jakiś związek z Nim. Czyli ta osoba musi być takim odbiciem Ewangelii. Nawet jeśli to jest ktoś, kto nie jest ze świata katolickiego, chrześcijańskiego, nawet jeżeli jest to jakiś mędrzec, czy jakaś osoba wyjątkowa, z duchowości innej, a jeżeli mówi coś, co się zgadza z Ewangelią, jest dla mnie autorytetem. Tylko ja musze otworzyć Pismo Św. i przekonać się, że ten facet mówi coś, co jest tam napisane i chociaż nie jest chrześcijaninem, ale mówi o tym, co jest w Ewangelii, albo ewentualnie to prowadzi do niej, bo nie wszystkie rzeczy są powiedziane tak od razu, w sposób oczywisty. Natomiast to mnie cały czas nęci, zgłębianie prawdy, otwieranie się na prawdę, która czasami jest wbrew pewnej prawdzie powszedniej czy innej. Jacek Bolewski jest dla mnie takim autorytetem - jezuita, który praktykuje jogę w sposób konsekwentny.

Złota myśl o. Lesława…

Nie mam swojej złotej myśli. Natomiast jestem jeszcze chyba na etapie powtarzania za innymi. Na większą chwałę Boga, aby człowiek był coraz bardziej człowiekiem, a ludzie coraz bardziej ludźmi, to jest moje motto na dziś. Jeszcze nie jestem takim człowiekiem, by sypać z rękawa swoje maksymy.

Dziękuję za rozmowę.

1.11.2005.

Admin
Create content
Logowanie
Nawigacja
Markdown filter tips
## Header 2 ##
### Header 3 ###
#### Header 4 ####
##### Header 5 #####
(Hashes on right are optional)

Link [Drupal](http://drupal.org)

Inline markup like _italics_,
 **bold**, and `code()`.

> Blockquote. Like email replies
>> And, they can be nested

* Bullet lists are easy too
- Another one
+ Another one

1. A numbered list
2. Which is numbered
3. With periods and a space

And now some code:
    // Code is indented text
    is_easy() to_remember();